Floating. Wystarczy się położyć i można (od)płynąć

Cisza, ciemność, samotność… Wystarczy tylko się położyć w łódce i dać ponieść nurtowi podziemnej rzeki. Za nami pierwsze i co najważniejsze udane próby tzw. floatingu w Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach. W ciągu najbliższych miesięcy oferta ma być ogólnodostępna dla turystów.

14 i 15 października Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej wspólnie z Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią, partnerem strategicznym jedynych w regionie obiektów z listy UNESCO, zaprosiło do Tarnowskich Gór dziennikarzy i influencerów z całej Polski na „Dzień z innowacjami ułatwiającymi życie”. Była to okazja, żeby spróbować czegoś nowego i przetestować w sztolni floating.

Od 65 lat Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej udostępniana Sztolnię Czarnego Pstrąga turystom. Od niedawna w ofercie znajdują się nowości takie jak: podziemne morsowanie czy rafting. Teraz testujemy floating. W czasie relaksacyjnego przepływu można zapomnieć o problemach, skupić się jedynie na obcowaniu sam na sam z obiektem UNESCO – mówi Grzegorz Rudnicki ze Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej.

Rejs rozpoczyna się w szybie Sylwester (w kierunku szybu Ewa płynie woda, około 250 litrów na sekundę). W łodzi położona zostaje długa deska, a na niej miękka karimata. Można się położyć lub wygodnie usiąść. Cały przepływ na odcinku 600 metrów trwa około 50-60 minut.

Jedna rzecz, którą trzeba, to zaufać, bo pierwszym naturalnym odruchem jest, by pomagać tej łódce: odpychać ją, dotykać ścian, a to powoduje faktycznie, że łódka zwalnia — mówi przewodnik Sławek Ziemianek, przypominając, że sztolnią stale płynie — w zależności od warunków — 17-25 m sześc. wody na minutę, co napędza łodzie płynące z nurtem sztolni.

Łódź płynie sama i tylko czasami odbija się od ociosów (najczęściej są to tzw. bramy, czyli miejsca lekkich zwężeń na trasie). Podziemny korytarz ma głębokość nieco ponad metr. Łódki nie da się zatopić, a jej przewrócenie jest bardzo trudne. Rejs odbywa się w prawie całkowitej ciemności, ale w razie konieczności można skorzystać z elektrycznej lampki karbidowej. Dla bezpieczeństwa każdy uczestnik łączy się z dostępnym pod ziemią internetem, a przy szybach czuwa obsługa sztolni ubrana w pianki nurkowe, która na desce jest w stanie szybko dotrzeć do każdego miejsca. Dodatkowo cały korytarz jest monitorowany kamerami na podczerwień.

Efektywny rejs powinien odbywać się w samotności, ale wspomniani już influencerzy testujący ofertę przyjechali do Miasta Gwarków z dziećmi, dlatego w łodziach płynęły także dwie, a nawet trzy osoby.

Pomysł narodził się w czasie pandemii, kiedy to jeden z członków SMZT pracujący wtedy w sanepidzie, w samotnym i spokojnym rejsie pod ziemią znalazł sposób na odstresowanie. Bo floating ma na celu odizolowanie od jak największej ilości bodźców zewnętrznych. Jego twórcą jest neurolog i psychoanalityk John C. Lilly, który w 1954 roku skonstruował kapsułę i zbadał reakcję ludzkiego mózgu na ograniczenie działania z zewnątrz. Wykazał, że światło i dźwięk obciążają układ nerwowy człowieka, więc odizolowanie prowadzi najpierw do rozluźnienia, a potem do głębokiego relaksu (godzinna sesja jest równoznaczna z czterema godzinami snu). Dzięki temu m.in. poprawia się koncentracja, wzmacnia odporność, a organizm zostaje oczyszczony ze szkodliwych toksyn.